Przedszkole Niepubliczne Trzy Języki

Czy dziecko w przedszkolu i żłobku musi chorować?

2 lutego 2010
Czy dziecko w przedszkolu i żłobku musi chorować? Lekarze są zgodni co do jednego: dziecko rozpoczynając uczęszczanie do jakiejkolwiek grupy dzieci jest bardziej narażone na kontakt z wirusami i bakteriami. Tylko w ten sposób jest w stanie wytworzyć swoją własną odporność i chorować mniej w wieku szkolnym i później w dorosłym życiu. Kwestia odporności jest również sprawą bardzo indywidualną. Sa dzieci które chorują raz w semestrze, są takie, które co chwila zapadają na różnego rodzaju infekcje. Nie można również przewidzieć w jaki sposób nasze dziecko zareaguje na kontakt z grupą. O tym możemy się dowiedzieć jedynie w praktyce wysyłając już dziecko do przedszkola/żłobka.  Nam do tej pory nie udało się wymyśleć metody, która pozwoliłaby na całkowite wyeliminowanie chorób, nie mamy cudownej metody, ale stosujemy środki, które pozwalają na ograniczenie chorób do minimum:
  • rodzice zobowiązują się w umowie do nieprzyprowadzania chorych dzieci
  • dzieci chore są odsyłane do domu(jeśli symptomy choroby pojawią się podczas bytności dziecka w przedszkolu)
  • rodzice zobowiązują się w umowie do dostarczenia zaświadczenia lekarskiego po każdej chorobie dziecka, jeśli jego nieobecnośc trwała 5 dni lub więcej
  • dzieci codziennie wychodzą na dwór (chyba że temperatura spada poniżej 10 stopni)
  • codziennie wietrzone są sale
  • temperatura w salach w lecie i w zimie jest stała i wynosi 20 stopni
  • grupy są małe max. 13 dzieci
Ponieważ nasze przedszkolaki i ich rodzice pochodzą z różnych krajów, podejście do chorowania i chorób w ogóle jest również różne. Stąd postanowiłam spróbować porównać różne systemy edukacyjne i ich podejście do częstych zachorowań w przedszkolach i żłobkach.Oto czego udało mi się dowiedzieć:   Holandia Nie ma profilaktyki zachorowań: dzieciom nie podaje się syropków, witaminek, wapienka itp.na wzmocnienie odporności. Podejście częste u mam polskich, które dopytują się o syropy, witaminy czy wapno traktowane jest jako totalna hipochondria.Na mamusie wycierającą maluchowi nosek na ulicy patrzą Holendrzy jak na zjawisko. Dzieci w okresie grypowo-przeziębieniowym latają z glutami po pas, nikt na to nie zwraca uwagi. Jeśli dziecko nie gorączkuje i zachowuje sie normalnie, to nie ma powodu, by go nie posyłać do szkoły czy przedszkola. To samo dotyczy wszelkich infekcji, również ospy wietrznej. Jeśli nie ma gorączki, dziecko nie dostanie zwolnienia w szkole, ma obowiązek uczestniczyć w zajęciach(szkoła jest obowiązkowa, za nieobecność nieusprawiedliwioną są kary pieniężne dla rodziców, a starsze dzieci muszą odpracować wagary np.w supermarketach).   Francja Tu wszystko zależy od dyrektora instytucji. To on decyduje czy dane symptomy choroby są groźne czy nie dla innych dzieci. Ci bardziej elastyczni przyjumują dzieci ze stanem podgorączkowym, ci mniej odsyłają je do domu z większym katarem. Na stronie francuskiego Ministerstwa Zdrowia  można znaleźć listę chorób i zaleceń http://www.sante.gouv.fr/htm/dossiers/maladie_enfant/sommaire.htm, które kwalifikują dziecko do zostania w domu lub pozwalają mu na chodzenie do żłobka/przedszkola.Generalnie wśród personelu żłobka i rodziców panuje opinia, że pierwszy rok już taki jest, maluch w ten sposób nabiera odporności i nie ma co się za bardzo przejmować, jeśli mu tylko z nosa leci. Ogólnie w tej kwestii panuje dość duże wyluzowanie. Jeśli chodzi o profilaktykę, to dużo rodziców chodzi do pediatry homeopaty.Podawanie antybiotyków zależy w dużej mierze od lekarza. Są tacy, którzy przepisują go przy kazdej nadarzającej się okazji, są tacy którzy podają go bardzo rzadko. Podobnie ze szczepieniami nadobowiązkowymi. Ogólnie Francja jest raczej krajem proszczepiennym.W kwestii leczenia infekcji dróg oddechowych bardzo popularny dobry jest system zabiegów rehabilitacyjnych (" kinesitherapie respiratoire"), pozwalającyh na skuteczne odflegmianie, co zapobiega także często podawaniu nadmiaru leków. Co do witamin raczej nie podaje się suplementów, ewentualnie jakieś syropy stymulujące odporność z mikroelementami, ale bez szaleństw. Niemcy Panie w przedszkolu uczulają rodziców, by zostawiali dzieci z gorączką lub przeziębieniem w domu, bo zarażają inne, ale nikt się tym raczej nie przejmuje. Dziecko zakatarzone i kaszlące w przedszkolu, to norma. Także stan podgorączkowy nie jest problemem. Rodzice muszą iść do pracy lub zrobić zakupy. Generalnie dzieci biegają chore, póki nie złapią zapalenia płuc, a wówczas rodzice wiozą je do szpitala. Czasami przedszklanki dzwonią do rodziców z prośbą o zabranie chorego dziecka, ale nie spotykają się ze zrozumieniem rodziców. Jedynie choroby zakaźne, typu różyczka, powstrzymują rodizców na jakiś tydzień od posyłania dzieci do przedszkola. Nie daje się żadnych witaminek, zaleca jedzenie owoców i picie soków. Antybiotyki są stosowane bardzo rzadko, Chorym dzieciom zaleca się pobyt w domu, a jak nie mają gorączki - także spacery na świeżym powietrzu, które ponoć działają cuda. Szwecja Najważniejsze jest hartowanie. W przedszkolu mówi się że nie ma złej pogody, tylko ubrania są nieodpowiednie. Dzieci spędzają codziennie po kilka godzin na zewnątrz – w słońcu, deszczu, na wietrze czy w śniegu. Są też takie przedszkola, gdzie dzieci z założenia mają spędzać cały dzień na zewnątrz. Podobno wtedy mniej chorują. Zarazki nie roznoszą się tak łatwo na zimnie... Nierzadko można w przedszkolu szwedzkim spotkać zakatarzone dzieci, biegające w maju na bosaka po rosie. Albo taplające się w błocie do woli (jednakże od rodziców wymaga się by zostawili w przedszkolu dodatkowy komplet ubrań przeciwdeszczowych wraz za kaloszami dla swojego dziecka). Tutaj regularnie co roku przechodzą przez przedszkola „epidemie grypy żołądkowej”. Chore dziecko przeczekuje chorobę w domu, jeśli ma wysoką gorączkę to dostaje najwyżej Alvedon (szwedzki paracetamol). Nikt nie biegnie od razu do lekarza, no chyba że chodzi o niemowlaka, który jest już dosyć poważnie odwodniony. Pielęgniarka zapyta, podczas telefonicznego umawiania na wizytę, czy skóra wzięta w oba palce odstaje po puszczeniu (to wskazuje na odwodnienie), czy wraca do stanu pierwotnego (to znaczy że jest jeszcze OK). Lekarze wolą zajmować się poważniej chorymi. Zresztą wirusem grypy żołądkowej bardzo łatwo się zarazić – chore dziecko byłoby zagrożeniem dla innych dzieci w poczekalni lekarskiej. I nie ma na ten wirus żadnego lekarstwa – trzeba regularnie pić i odpoczywać, czekać aż choroba sama przejdzie. Zwykle przechodzi po kilku dniach. Dziecku i matce przysługuje opieka wykwalifikowanej pielęgniarki, do której można się zwrócić, także telefonicznie, w każdej sprawie dotyczącej zdrowia i rozwoju dziecka. Zresztą szwedzcy rodzice nie są przewrażliwieni na punkcie zdrowia swoich dzieci. Szwedzi idą do lekarza dopiero gdy dziecko ma gorączkę utrzymującą się dłużej niż dwa dni, bo inaczej lekarz w ogóle nie przyjmie.To, że rodzice nie biegną do lekarza z każdym przeziębieniem dziecka wynika raczej z samego podejścia Szwedów do pojęcia choroby. Dla większości katar czy kaszel dziecka nie jest powodem żeby jechać do lekarza. Jest przecież tyle domowych sposobów leczenia przeziębienia.Takie podejście w dużej mierze jest rezultatem sporych wydatków ponoszonych przez państwo na informację i profilaktykę. Szwedzi mają zakodowane, że dziecku można podać antybiotyk tylko gdy doszło do zakażenia bakteryjnego i to naprawdę w ostateczności.   Włochy Badania profilaktyczne prowadzone są przez lekarza pediatrę: do pierwszego roku życia co misiąc, potem co 6 miesięcy. Ponieważ kuchnia włoska należy do jednych z najzdrowszych (i Włosi o tym wiedzą), więc bardzo rzadko podaje się dodatkowe witaminy. Poza tym są one podawane tylko i wyłącznie z polecenia lekarza. Żadna Włoszka nie poda ich dziecku na własną rękę.Przepisywanie antybiotyków zależy od lekarza i jego przekonań. Mamy wloskie bardzo dbaja o zdrowie pociech,ale zachowują rozsądek i nie stosują tysiąca kropelek na zwykły katar. W niektórych regionach dzieciaki są hartowane kąpielami w morzu od czerwca do września oraz zimnymi prysznicami na plaży. Wszystkie maluchy natomiast są przeważnie nieskazitelnie ubrane i prosto od fryzjera. Do końca nie wiadomo jak im się to udaje.  Hiszpania Tu rodzice zakładają iż posłanie dziecka do przedszkola wiąże się z większą ekspozycją na bakterie i wirusy, a zatem większą ilością chorób. Choroby są wpisane w program przedszkolny. Instytucja babci istnieje, ale tylko jako zastępczy szpital polowy „w razie choroby”, poza tym Hiszpanie są przekonani że wysłanie dziecka do przedszkola jest koniecznością, mającą na celu jego edukację i socjalizację. Antybiotyki podaje się jeśli rzeczywiście nie ma innego wyjścia.Rodzice obiecują iż nie będą przyprowadzać dzieci chorych do przedszkola. W praktyce różnie bywa, ale przedszkole informuje natychmiast jeśli u dziecka pojawiły sieobjawy chorobowe. Oczekują, ale nie zmuszają do zabrania dziecka do domu.   Polska Żłobek nadal jest często widziany jak zło konieczne i głównym argumentem przeciwko tej instytucji są choroby na które zapadają dzieci. W zależności od rodzaju żłobka i liczebności grup choroby mogą być problemem. W żłobkach państwowych grupy liczą nawet 30 dzieci i trundo o prewencję chorób. W przedszkolach państwowych jest już troszkę lepiej, ale liczebność dzieci w grupach jest nadal bardzo wysoka (około 25 dzieci na grupę). W żłobkach i przedszkolach prywatnych grupy są mniejsze i niektóre żłobki i przedszkola wymagają od rodziców nieprzyprowadzania dzieci chorych. Większość rodziców małych dzieci (do 3ego roku życia) wolą zostawiać je z nianią lub bacią i kwestie dukacyjne oraz socjalizacja dziecka są dla nich całkowicie drugorzędne. Każdy najmniejszy katar lub kaszel u małego dziecka jest powodem do niepokoju, a klimat i częste zmiany temperatury i pogody sprzyjają różnego rodzaju infekcjom.